W Izraelu było najlepiej na świecie. Nie będe opisywać, bo najzwyczajniej w świecie mi się nie chce, a poza tym nie chce Wam sprawiać przykrości. 


Wracamy do domu/ CZĘŚĆ OSTATNIA

W Austrii czekaliśmy bardzo długo, aż ktoś nas weźmie ze sobą. Było ciemno. Staliśmy na autostradzie przy zjeździe na stację. Założyliśmy kamizelki odblaskowe i parę osób zatrzymało się tylko dlatego,że pomyliło nas z Policją. Potem przyjechała prawdziwa Policja.

Cudem uniknęliśmy mandatu. Sytuacja robiła się napięta, nie moglismy wydostać się z miejsca. Utknęlismy.
Wymyśliłam, że jeżeli będziemy wchodzić bardziej na środek jezdni, to wtedy samochody będą bardziej skore się zatrzymać. Szymon zupełnie nie kupił tego pomysłu. Ja zaczęłam mu mówić że jest bojączką, a on zarzucał mi nieroztropność. Obraziłam się i powiedziałam, że dalej jadę sama (zawsze podziwiałam podróżników, którzy decydują się na taki krok. Świadczy to o odwadze i tym, że jest się już stopowym ekspertem). Wróciłam po 10 minutach, bo doszło do mnie, że on ma mapę, wodę, pieniądze a ja tylko plecak śmierdzący skarpetami. To była nasza ostatnia noc na stacji benzynowej.

Rano udaliśmy się na poszukiwanie dobrej karmy - na drugą stronę autostrady. Zdecydowaliśmy, że wrócimy jednak przez Kraków. Na stacji benzynowej spotkaliśmy płaczącą dziewczynę, zapytaliśmy się czy możemy jej jakoś pomóc. Zapytała nas o chusteczki. Nie mieliśmy.
Los mimo wszystko i tak się do nas uśmiechnął i na tej samej stacji udało nam się namówić jakiegoś Słowaka by zawiózł nas pod polską granicę. Klasycznie każdy mówił w swoim rodzimym języku i rozumieliśmy się bez problemu. Podwiózł nas właściwie dalej niż miał, choć się spieszył.
Gdy wysiedliśmy Szymon zorientował się, że zostawił u niego nerkę z dokumentami i telefonem. Na szczęście kierowca zostawił nam wizytówkę. Na nieszczęście nie mieliśmy skąd zadzwonić.

Postanowiłam udać się do pobliskiego budynku w celu podładowania telefonu. Okazało się, że trafiłam do domu starców. 
Zapytałam jedną z pań pracujących tam, czy mogę skorzystać z gniazdka i podłączyłam swoją Nokię. Po korytarzu przechadzali się pacjenci ośrodka. Moją uwagę przykuła na oko 200 letnia kobieta bez zębów. Chodziła w tą i z powrotem w poszukiwaniu osób do których mogłaby się przytulić. Do dziś zastanawiam się skąd znalazło się we mnie tyle człowieczeństwa. Zbliżyła się do mnie, wydawała dziwne odgłosy i sapała mi na kark. Pozwoliłam by wtuliła się w moje ramię, jednocześnie stwierdzając, że bateria już będzie chyba okej. 

Wychodząc na zewnątrz poczułam się jak w jednej z tych amerykańskich komedii, w której z minuty na minutę dzieje się coś innego - sytuacja beznadziejna, ale zawsze można obrócić ją w żart. Mianowicie widok taki - Szymon, nasze plecaki, lodówka i dwóch policjantów.
Okazało się, że Policjanci byli na tyle mili, że sami zaproponowali że zadzwonią do tamtego Słowaka ze swojego numeru. Przedstawili się jako Policja Poprad i nakazali mu zawrócić z naszymi dokumentami. Po jakimś czasie wrócił w nienajlepszym humorze, oddał co nasze i mogliśmy ruszyć dalej. 

Staliśmy praktycznie pod granicą, więc jechało tam dużo polskich aut. Udało nam się zatrzymać samochód z polską rodziną. Był to jeden, jedyny raz, gdy ktokolwiek zdecydował się zabrać nas mimo tego, że z tyłu siedziało małe dziecko. Osobiście uważam, że to bardzo dziwne.
Potem jechaliśmy jeszcze z gościem który darł sie na nas, że nie potrafimy z dokładnością powiedzieć, gdzie leży Żywiec oraz grupką młodych ludzi którzy dowieźli nas do centrum Krakowa. Opowiadali nam jak na beatyfikacje Jana Pawła II próbowali rozkręcić biznes sprzedając w na starówce podobizny papieża w 3d, ale spotkali się ze sporym niezrozumieniem wśród konsumentów. 

Wróciliśmy do Krakowa, gdzie znów przenocował nas nasz serdeczny kolega Cyrek. Chciałabym napisać coś o podróży do Poznania, ale na serio już nic nie pamiętam. Na tą chwilę, cieszę się, że mój zeszycik z notatkami z tej podróży zgubiłam w Serbii, bo pewnie dziś byłabym na opisie drugiego dnia.

Tak moi drodzy, dobrnęliśmy do końca tej historii. Nie wiem czy muszę dodawać, że było fajnie. Bałkany za nami. Gorzej, że do tego czasu zdążyłam już odwiedzić Izrael.


Słabo pachnie funkiem



Żyję

Wyobraźcie sobie, że istnieje na tym portalu 102 entuzjastów mojego pisania. Dwie z obserwujących mój blog osób znam osobiście. Zakładając, że znajomi czytają moje wypociny z uprzejmości lub w ogóle ich nie czytają, po krótkim pitagorejskim rozrachunku wychodzi 100 świadomych obserwatorów, czyli tyle ile zyskuje blog z czarno-białymi, hipsterskimi obrazkami w jedną minutę.
Nadal nie motywuje mnie to do napisania ostatniej części relacji z mojej podróży, ale jest bliżej niż dalej. Kiedy w końcu rozprawię się z autostopową przygodą zajmę się publicznym rozważaniem problemów które bombardują moją głowę od bardzo dawna . W moich tekstach przyjrzę się między innymi problemowi ziewania na siłę, przedstawię swoje zdanie na temat czapek - zwierząt które opanowały moje miasto, oraz opowiem Wam historię o tym, jak wczoraj wypadła mi żuchwa z zwiasów. Najpierw jednak zobaczę jeszcze parę filmów, pójdę spać o 3.40 i wstanę jutro w południe by ponarzekać na to, jak beznadziejne wiodę życie.

STAY TUNED
A.


Wracamy do domu/ Cz.10

Zamawiam zupę, dostaję sajgony i nie wiem kto jest popierdolony - zastanawiał się w jednym ze swoich kawałków raper Diox. Podobna refleksja zajęła nasze umysły po kolacji, którą mieliśmy okazję zjeść w jednej z Lubljańskich restauracji. Ja wybrałam makaron z truflami i krewetkami, Szymon z ośmiornicą. Do stołu podali nam kolejno: pierogi i kaszę.

Linda i Sana wyjechały dzień przed nami. Szymon w końcu znalazł kantor w którym udało się nam wymienić serbskie dinary na lokalną walutę, więc mogliśmy sobie pozwolić na ostatni dzień relaksu przed powrotem do domu.
Postanowiliśmy udać się do punktu informacyjnego dla turystów i sprawdzić, co ma nam do zaoferowania miasto. Od Pani, która tam pracowała dostaliśmy mapę centrum, line’upy wakacyjnych festiwali, przewodniki kulturalne i rozpiskę alternatywnych wydarzeń mających miejsce w stolicy. Przejrzeliśmy to i ustaliliśmy, że idziemy usiąść nad kanał wodny napić się piwa.
Siedzieliśmy na ławce i obserwowaliśmy chłopaków, którzy grali tam w piłkę nożną na środku ulicy. Ich misją było trafienie do otwartego bagażnika samochodu, który stał na chodniku. Po jakimś czasie stwierdziliśmy, że oprócz oglądania lokalnego street footballu, warto byłoby udać się na koncert zespołu w klimatach reggae, który występował nieopodal. Gdy ruszyliśmy się w stronę sceny, zaczepił mnie chłopak od piłki i bagażnika, który zapytał mnie o bibułkę. Tak się akurat złożyło, że ją miałam, on miał coś innego i okazało się, że nasze moce w fuzji stanowiły niezły duet.
Kiedy spaliliśmy pierwszego blanta pokazałam im mój analogowy aparat. Jeden z naszych nowych znajomych tak się podekscytował, że postanowił koniecznie zrobić nam pamiątkowe zdjęcie. Poprosił, by wszyscy ustawili się pod latarnią, na przejściu dla pieszych. Ja usiadłam po turecku, Szymon zastygł w bezruchu udając, że biegnie, a drugi kolega położył się na ulicy na wznak. Po powrocie do Polski czekałam na wywołanie tego zdjęcia bardziej dziecko na tableta pod choinką, ale nie wyszło, bo nikt nie zorientował się, że było ciemno, a aparat nie miał lampy.
Po sesji zdjęciowej udaliśmy się na koncert na którym było fantastycznie. Pamiętam tylko tyle, że wiele osób w tańcu przypominało psychopatów, a muzyka była bardzo ładna.
Kiedy dopadło nas zmęczenie udaliśmy się na Metelkovą. Nie przewidzieliśmy tego, że jest weekend i ludzi było 2-razy więcej niż dzień wcześniej. Kolidowało to z rozbiciem obozu w tamtym miejscu. Błądziliśmy po Lubljanie w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Baliśmy się konfrontacji z miejscową Policją i potencjalnymi mordercami turystów. W końcu Szymon opowiedział mi, że oglądał kiedyś program na discovery o tym, że stolica Słowenii jest jedną z najbezpieczniejszych w Europie. Uspokoiło mnie to do tego stopnia, że rozbiliśmy się na błoniach pod Zamkiem w centrum miasta. Miejscówka ta porównywalna jest do Krakowskiego Wawelu, dlatego zawsze gdy wspominam o tym, że tam spałam, czuję w sercu małą iskierkę dumy.
Po przespanej nocy, o poranku spakowaliśmy obóz i ruszyliśmy w drogę.
Czas wyprawy nieubłaganie dobiegał końca. Wracamy.
Ze Słowenii próbowaliśmy wydostać się stojąc na wylotówce do Austrii. Po jakimś czasie zatrzymał się pierwszy kierowca. Powiedział nam, że w stolicy pracuje jako pacynkarz i opowiadał różne ciekawostki na temat Lubljany. Podwiózł nas na stację benzynową  mieszczącą się blisko granicy Słoweńsko - austriackiej. Dalej zabraliśmy się z grupką młodych ludzi jadących odwiedzić kolegę leżącego w jednym z pobliskich szpitali. My rozmawialiśmy po Angielsku, oni po Niemiecku. Dogadaliśmy się do tego stopnia, że wyrzucili nas przy ulicy, po której jeździł 1 samochód na godzinę. Zapytali się czy wszystko okej, my skłamaliśmy że tak i robiliśmy dobrą minę do złej gry.
Przedostaliśmy się na autostradę. Po godzinie bezowocnego stania, zatrzymał się przy nas czerwony samochód.
Mężczyzna który zdecydował się nas zabrać, był Szwedem urody podstarzałego latynosa. Słuchał gangsta rapu, palił 3 papierosy na minutę i przez całą podróż nie odezwał się do nas słowem. Zahipnotyzowani ciszą i dymem papierosowym usnęliśmy. Gdy dojechaliśmy na miejsce w którym mieliśmy wysiadać, jednogłośnie stwierdziliśmy z Szynką, że podróż z tym panem była jedną z dziwniejszych jaka nas spotkała. Nie zrobiliśmy mu nawet pamiątkowego zdjęcia. Nietypowa atmosfera utrzymywała się jeszcze przez jakiś czas. Kolejne auto kierowane było przez 50-letniego Niemca-turystę-w-sandałach z towarzyszącymi mu dwoma kobietami urody Angeli Merkel.
Gdyby następnym kierowcą był centaur, albo chociaż ktoś ze śmieszną twarzą, wątek zakończył by się idealnie. Nie można jednak w życiu mieć wszystkiego. Następni ludzie z którymi się zabraliśmy byli normalni, co więcej częstowali nas paluszkami i podwieźli na ostatnią stację benzynową przed granicą austriacką. 

C.D.N 


Jedziemy stopem do Słowenii - Lubljana / cz.9

Proust uważa, że Prawdziwa podróż odkrywcza nie polega na poszukiwaniu nowych lądów, lecz na nowym spojrzeniu. Jeżeli mu wierzyć, to  przeżyłam tą najprawdziwszą, bo moje spojrzenie na ludzi zmieniło się diametralnie. Nie sądziłam, że istnieją na świecie istoty, które bezinteresownie dzielą się jedzeniem, zapraszają do swoich domów, podwożą Cię gdy mają po drodze, albo nawet wtedy, gdy jadą w innym kierunku. Po powrocie do domu postanowiłam się zmienić, dawać ludziom dobro i przekazywać dalej tą samą dobrą energię, którą dostałam od ludzi, spotkanych na swojej drodze. Efekty są piorunujące, dałam dziś mojemu bratu złotówkę i nie poprosiłam by oddał.

Ana to jedna z tych osób, której bycie dobrym przychodzi naturalnie i nie musi o tym czytać w psychologicznych podręcznikach. Mowa o dziewczynie, która wróciła po nas na stację benzynową i zaoferowała nocleg u siebie w domu. Ugościła nas najlepiej jak tylko potrafiła. Opróżniła całą zawartość swojej lodówki byśmy mogli zjeść kolację, poczęstowała piwem, dała świeże ręczniki a my w zamian przez pół wieczoru pokazywaliśmy jej palcem na mapie trasę, którą już przemierzyliśmy. Rano poprosiła nas o kontakt do siebie i kazała obiecać, że odezwiemy się do niej od razu po powrocie do kraju, żeby się nie martwiła. Podwiozła nas do granicy Słowenii. Obiecaliśmy wysłać jej nasze wspólne zdjęcie, ale nadal (choć minęły 2 miesiące od kiedy jesteśmy w Polsce) jest nam za daleko by iść je wywołać.
Granicę Chorwacko-Słoweńską pokonaliśmy idąc pieszo. Na przejściu granicznym celnik zapytał nas dokąd idziemy i skąd wracamy. Standardowo opowiedzieliśmy naszą historię, ten uśmiechnął się i nakazał przejść dalej. Krocząc do wyjścia przykuliśmy uwagę drugiego służbisty, który zawołał nas byśmy podeszli do jego okienka. Odbyliśmy z nim krótką rozmowę na temat tego, czy jesteśmy niepoważni, że stopujemy. Poinformował nas, że nie możemy przebywać w strefie granicznej, chodzić po autostradzie i ogólnie to mamy stąd wypierdalać w tempie natychmiastowym.
Na pytanie: W jaki sposób mamy się stąd wydostać, skoro nie można nam być nigdzie? Odpowiedział: Nie wiem. Świadomie wybraliście ten sposób podróżowania, więc to wasza sprawa, macie 5 minut.
Przestraszyliśmy się, musieliśmy jak najszybciej złapać podwózkę do Lubljany. Presja narastała, wzmacniana przez nieprzychylne spojrzenia celnika. Szymon nerwowo zapytał pierwszego kierowcę, czy zgodzi się nas zabrać, a on odpowiedział: No pewnie.
Mężczyzna okazał się byłym zawodowym piłkarzem ręcznym. Mówił, że grał przeciwko Michałowi Jureckiemu i opowiadał o swojej karierze. Była to jedyna osoba w podróży, która zainteresowała się tematem lakrosa. Szymon bardzo go polubił. Po przyjeździe wpisaliśmy sobie w wyszukiwarkę jego imię i nazwisko, ale internet uważa, że taka osoba nie istnieje.
Zawiózł nas do samego centrum Lubljany.
Lubljana jest jedną z najmniejszych, europejskich stolic i urzekła nas swoją wszechstronnością. To miejsce w które można pojechać zarówno na stopowego tripa jak i rodzinny wywczas. Zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo sztampowo brzmią slogany głoszące „Każdy znajdzie tu coś dla siebie”, ale w przypadku tego miasta, to zdanie stanowi kwintesencję jego opisu. Lubljana to fuzja romantyzmu, sztuki, relaksu, wiedzy i zajebistości. Polecam odwiedzenie tego miejsca tak bardzo, jak Iza Małysz łykanie Valerin mite.
Linda, którą poznaliśmy w Zagrzebiu poleciła nam nocować na ulicy Metelkovej. Mieści się przy niej niezależne centrum kulturalne w którym znajdują się min. Galerie sztuki, pracownie artystyczne i kluby muzyczne. Wszystko owiane jest anarchistycznym klimatem i mówiąc najprościej jest to po prostu bardzo ładny skłot. Portugalka powiedziała nam, że bez problemu możemy rozbić się tam namiotem i korzystać z ubikacji pobliskiego hotelu. Udaliśmy się sprawdzić miejscówkę i zobaczyć teren do rozbicia namiotu. Weszliśmy na skłot. W oddali zobaczyliśmy znajomą burzę loków. To była Linda i jej koleżanka Sana.
Stwierdziliśmy, że jesteśmy sobie przeznaczeni i mimo wcześniejszej rozłąki w Chorwacji musimy spędzić tego tripa razem. Kiedy ochłonęliśmy i zaakceptowaliśmy rzeczywistość Linda zaproponowała byśmy poszli coś zjeść. Studiowała kiedyś w tym mieście i znała dobrą i tanią restaurację. Nie wiedziała tylko gdzie jest i jak się nazywa. Jedyne informacje jakie posiadaliśmy to, że jest tam tanio, serwują tam coś co wygląda jak rumuńskie mititei ale nazywa się inaczej i można tam wypić sławne Serbskie piwo. Po godzinie poszukiwania i pytania przechodniów przypadkiem udało nam się tam trafić. Opłacało się. Złożyliśmy zamówienie, a kelnerzy o nas zapomnieli i dostaliśmy jedzenie po kolejnej godzinie.
Cały dzień spędziliśmy na szwędaniu się po mieście i spekulacji na temat tego, czy Linda i Sana to lesbijki. Kiedy doszło do nas, że od 8 godzin bez przerwy chodzimy, usiedliśmy na górze obok zamku i obserwowaliśmy zachodzące słońce, które było wtedy dla mnie metaforą kończącej się podróży. Linda rysowała patykiem po bladej skórze Sany, a ja myślałam o tym, że czas podszlifować swój angielski. Nie wiem o czym myślał Szymon, bo zawsze jak się go pytam, to on mówi, że o niczym.
Wieczorem odwiedziliśmy skłot na którym imprezę rozkręcali najprawdziwsi amerykańscy skauci, którzy prawdopodobnie przyjechali na Słowenie na obóz. Koncert grał jakiś punk-rockowy zespół, który namawiał odbiorców do składania hołdu waginie. Młodzież ochoczo śpiewała razem z wokalistą i klękała na ziemi wykazując wyraźną aprobatę dla tekstu utworu. Po jakimś czasie opiekunka kazała im już wrócić do obozu a na Metelkovej zawiało pustką. Po trzecim piwie starczyło mi odwagi na zagadanie do jakiś obcokrajowców. Nie pamiętam skąd byli. Częstowali nas winem zmieszanym z piwem, a ja mówiłam im, że jestem z POLAKII co bardzo mnie to wtedy śmieszyło. Dziś ciężko mi się jest się do tego uśmiechnąć nawet na siłę.
W miarę upływu czasu bawiłam się coraz lepiej. Siedziałam na ławce z trzema nieznanymi mężczyznami, paląc z nimi jointa i obserwowałam jak Linda, Sana i Szymon prawilnie rozkładają namioty. Pomyślałam, że upadam na dno i dopadły mnie wyrzuty sumienia. Stwierdziłam, że to koniec na dziś. Wstałam, podałam Szymonowi śledzia od namiotu i poczułam dumę i ulgę, że jak chcę to potrafię.

C.D.N


Q
kobieto! robiłaś notatki, czy masz tak dobrą pamięć?
A

Tak naprawdę, to wszystko zmyśliłam.


Jedziemy stopem do Słowenii / cz.8

Nigdy nikt nie zapytał mnie o to, co najbardziej podoba mi się w podróżach autostopowych, ale mimo wszystko odpowiem – różnorodność. Piękne jest to, że zależnie od szczęścia, jednego dnia wszędzie można dostać się szybko, a nazajutrz utknąć na autostradzie bez szans na wydostanie się przed zmrokiem. Raz śpi się w hotelu i spędza leniwe popołudnia mocno zakrapiane Sangrią , innym razem na śniadanie, obiad i kolacje je się płatki owsiane zalane wrzątkiem i śpi w namiocie dookoła którego biegają bezdomne psy.

W Chorwacji skończył nam się plan. Poprzednią noc udało nam się przenocować u Ziomka, którego podejrzewaliśmy o kradzież naszych brudnych skarpetek, ale jak pisałam wcześniej, wszystko zakończyło się dobrze jak w bajce. Byliśmy w posiadaniu numeru telefonu dziewczyny, którą spotkaliśmy na autostradzie i która nota bene miała nam załatwić darmowy nocleg w Zadarze. Nie chciało nam się silić na wykonanie telefonu, imprezowanie z nowymi znajomymi i bieganie z plecakami przez pół miasta, więc postanowiliśmy przespać się w namiocie. W Zadarze (jak i w innych miastach tego kraju) nie można rozbijać namiotu „na dziko”. Udaliśmy się na poszukiwanie zacisznej, ukrytej miejscówki która nie będzie sprawiać problemów i budzić podejrzeń policji. Zahaczyliśmy o plażę i wtedy przypomniało mi się, że minusem tego miejsca są kamieniste wybrzeża. Rozpaliliśmy jointa i porozmawialiśmy o tym, o czym rozmawia się w nocy nad brzegiem morza. Obserwowaliśmy chwilę jak obok nas jakaś para uprawia seks i ruszyliśmy dalej. Zmęczenie dało się we znaki i usiłowaliśmy znaleźć miejsce na obóz jak najszybciej. W pobliżu dostrzegliśmy mały park nad brzegiem Adriatyku w którym przed nami ktoś już zdążył się rozbić. Nie myśląc zbyt długo rozstawiliśmy swój namiot obok. Relaksujący dźwięk fal rozbijających się o brzeg, układał nas do snu…

Rano obudził nas głos Policji oznajmiający komuś, że w Chorwacji nie można spać w namiocie w miejscu publicznym. Gdy wyjrzeliśmy na zewnątrz, byliśmy świadkami syndromu owczego pędu – oprócz nas, rozbiły się tam jeszcze cztery obozy ludzi i wszyscy udawali, że są zaskoczeni, że nie można. Miejsce które wybraliśmy okazało się parkiem w ścisłym centrum Zadaru. Chorwatka, która rozbiła się obok nas powiedziała funkcjonariuszom, że pochodzi z Polski a dokumenty ma w naszym namiocie. Obyło się bez mandatów, panowie grzecznie kazali wszystkim opuścić teren parku, a my w duchu dziękowaliśmy, że zrobili to o 7 rano a nie w nocy.

Po południu zadzwoniliśmy do Lindy. Spotkaliśmy przy głównym moście w centrum. Przyprowadziła swoją koleżankę Sanę, ze Szwecji i pokazała nam miejsce w którym mogliśmy odłożyć swoje plecaki. Była to miejscówka, w której ludzie naprawiali rowery, mieszkali i nocowali gości , a klucz do lokalu zostawiali w rynnie przed wejściem. Spędziliśmy ze sobą cały dzień, zażywaliśmy kąpieli słonecznych i wodnych. Linda była bardzo otwartą i odważną osobą – na plaży paradowała toples. Gdy się przeciągała mówiła o sobie „child porn” , bo faktycznie nago wyglądała jak 14-letni chłopiec. Pamiętam, że w przypływie wakacyjnego entuzjazmu i nietrzeźwości umysłu, chciałam postąpić tak jak ona, ale po wejściu do wody ochłonęłam i stwierdziłam, że nie byłoby to autentyczne. Zjedliśmy lunch, a potem każdy rozszedł się w swoje strony. Ostatnią noc spędziliśmy na campingu, a one we wcześniej wspomnianym social-center. Kolejnym celem była stolica Słoweni – Lubljana. Jako, że Linda kiedyś tam studiowała, posłuchalismy jej wszystkich wskazówek dotyczących przetrwania w tym mieście i ruszyliśmy w drogę.

Wyjeżdżając z miasta spotkaliśmy parę polskich autostopowiczów. Kiedy przyszło do rozmowy w ojczystym języku nareszcie Szymon stał się sobą i przestał się odzywać, a ja mogłam gadać dowoli. Złapaliśmy podwózkę do Zagrzebia. W trasie opowiadaliśmy kierowcy o różnych przejawach uprzejmości ludzi z którymi się spotkaliśmy. O tym, jak kupowali nam jedzenie, zapraszali do swoich domów, częstowali alkoholem i marihuaną. Nie chciał być gorszy i na końcu podróży kupił nam na siłę 2 butelki wody mineralnej, choć zapewnialiśmy, że nie jest nam potrzebna.
Ta stacja benzynowa była naszym najgorszym spotem. Nie mogliśmy namówić nikogo na podwózkę przez dobre 2 godziny. Zasugerowałam, by Szymon przebrał bluzę z kapturem a ja zdjęłam jego za dużą przeciwdeszczową kurtkę. Nasze próby zabrania się z kimś na granicę Słowenii nadal spotykały się z dużym niepowodzeniem. Po jakimś czasie Szymon zapytał jedną dziewczynę, która przyjechała dużym, sportowym samochodem, czy nie znalazłoby się dla nas miejsce. Odpowiedziała, że wraca z wakacji i całe auto jest załadowane. Pogodziliśmy się z losem i powoli zaczynaliśmy szukać miejsca na rozbicie namiotu. Po godzinie kobieta z którą wcześniej rozmawialiśmy znów pojawiła się na stacji. Podeszła do nas i powiedziała:
„Może to szalone, ale pojechałam do domu, wyładowałam rzeczy i wróciłam po was, bo było mi was żal”
Mówiła, że nie miała żadnej pewności, czy nadal tam będziemy, ale coś kazało jej po nas zawrócić. Opowiedzieliśmy jej całą przygodę, a ona zapytała co mamy zamiar zrobić teraz. Było już ciemno, więc zatroskana zaproponowała nocleg w swoim domu. Będąc w Chorwacji ani razu nie mieliśmy kontaktu w bieżącą wodą, nie trudno się domyśleć jak brzmiała nasza odpowiedź na jej zaproszenie.


C.D.N


Jeździmy stopem po Chorwacjii/ cz.7

Często, gdy się komuś przedstawiam, po sekundzie zapominam jak brzmiało imię nowopoznanej osoby. Nie wiem, czy wynika to ze stresu czy z mojej ignorancji, tak czy inaczej do dziś nie wiem jak nazywał się mężczyzna z Zagrzebia, który zaprosił nas do siebie na noc. Takie osoby zawsze nazywam ziomkami, to właśnie dlatego mam ich tak wielu, a to będzie opowieść o jednym z nich.

Ziomek z Chorwacji usłyszał historię o naszej tułaczce po Rumunii i Serbii. Zawsze najszerzej uśmiechał się, gdy podkreślaliśmy, że nie wiemy gdzie jedziemy, ani kiedy wracamy. Nasz kompletny brak planu urzekł go do tego stopnia, że zaproponował nam nocleg w swoim mieszkaniu. Oprócz nas, zgarnął też Liz (dziewczynę ze Stanów o której wspominałam w poprzedniej notce) , która również była mile widziana w jego domu.
Ziomek był harleyowcem i fanem psychodelicznej muzyki. W stolicy mieszkał z żoną i dwójką dzieci, które akurat wyjechały na wakacje, dlatego mogliśmy zająć ich pokój. Zostawiliśmy bagaże, wzięliśmy prysznic i poprosiliśmy o wskazanie miejscówki w której moglibyśmy zjeść dobrą i niedrogą kolację. Żona ziomka zdeklarowała się nas zawieść samochodem do pizzerii, gdzie zapłaciła za nas, ponieważ okazało się, że na miejscu nie można płacić kartą. Liz i nasz nowy kolega pojechali w tym czasie wyczyścić wypożyczonego Vana (w trakcie podróży doszło do awarii toalety. Przez całą drogę śmierdziało niemiłosiernie i jeden z kolegów kierowcy myślał, że to za sprawą Liz i jej nieogolonych pach).  Umówiliśmy się, że przyjadą po nas gdy skończymy jeść i wspólnie udamy się na koncert bluesowy znajomych naszych gospodarzy. Zaufaliśmy im do tego stopnia, że nie pomyśleliśmy,  by wymienić się numerami telefonu – mieli przyjechać, to przyjadą.
Po 3 godzinach oczekiwania, grania pustą butelką w piłkę nożną, śpiewania relaksacyjnych piosenek i wmawiania sobie, że wszystko jest okej, zaczęliśmy odczuwać niepokój.
Obiecali przyjechać po nas po 30 minutach, więc 2,5h opóźnienia stawało się dla nas coraz bardziej podejrzane. Choć rozsądek podpowiadał nam, że nasze brudne skarpety i plecak śmierdzący piwem, które wylało nam się w środku nie jest atrakcyjnym łupem dla złodziejów, a co dopiero dla bogatych ludzi z pięknym mieszkaniem w stolicy Chorwacji, to nadal czuliśmy się co najmniej niepewnie.
Restauracja do której nas zawieźli, była oddalona o jakieś 3 minuty od ich domu. Postanowiliśmy wrócić się na ich osiedle i czekać.
W mieszkaniu nie było nikogo, bezradnie usiedliśmy na krawężniku jak największe lamusy i podnosiliśmy głowy na każdy dźwięk przejeżdżającego samochodu. Po 15 minutach przyjechali Ziomek, Liz a za nimi żona ziomka. Okazało się, że zaszło nieporozumienie. Żona myślała że odbierze nas jej mąż, mąż natomiast, że żona. Wszyscy bardzo nas przepraszali, a my uśmiechaliśmy się na siłę i udawaliśmy, że nic się nie stało. Na przeprosiny dostaliśmy torbę jarania, z której mieliśmy używać ile chcemy, byleby nie w pokoju dzieci, bo bali się , że gdy wyczują, to stracą u nich autorytet. Rano nasz znajomy wręczył nam kartkę z miejscami które mamy odwiedzić w Chorwacji i odwiózł nas na autostradę. Na drogę wręczył paczkę trawki narkotycznej i nie chciał byśmy oddawali mu za pizzę. Nasza przygoda dobiegła końca i rozpoczęła się nowa. Na bramkach czekała na nas już następna znajoma – Linda z Portugalii. 

                                               
Linda miała burzę naprawdę niesfornych loków i minę jakby wiecznie raziło ją słońce. Spotkaliśmy ją gdy razem łapaliśmy stopa w stronę Zadaru. Przed Zadarem chcieliśmy jeszcze odwiedzić Jeziora Plitwickie, więc wymieniliśmy się numerami i obiecaliśmy spotkać się, gdy dojedziemy na miejsce. 
W całej podróży nie celowaliśmy w atrakcje turystyczne i miejsca wypełnione ludźmi. Ziomek z Zagrzebia polecił nam jeziora, które zarówno na zdjęciach jak i w rzeczywistości wyglądały naprawdę wspaniale. Oprócz tego, że myśleliśmy, że będziemy się mogli w nich wykąpać a nie tylko na nie patrzeć, to było bardzo fajnie. Na miejscu było tylu Polaków, że więcej klapek Kubota w jednym miejscu widziałam tylko w Auchan. Minusem tej atrakcji była ciężkość poruszania się po wąskich kładkach i pomostach. Często tworzyły się korki, ponieważ  każdy z turystów chciał sobie zrobić prześmieszne zdjęcie, na którym dzięki złudzeniu optycznemu uzyskać można było efekt wypuszczania wodospadu z własnej ręki. My z Szymonem nie doszliśmy do tego miejsca, bo zaklinowaliśmy się w wąskim przejściu przez karimaty przyczepione do plecaków i musieliśmy zawrócić.Plecaki zdawały się być coraz cięższe, i opadliśmy z sił. Największe wycieńczenie odczuliśmy, gdy zobaczyliśmy miejsce, w którym można było wejść do rezerwatu za darmo (my zapłaciliśmy ok. 80 zł od osoby) i postanowiliśmy zakończyć zwiedzanie. Złapaliśmy stopa i na pace jakiegoś transportera kierowaliśmy się w stronę Zadaru. Od kierowcy oddzielała nas krata, przez którą jak zwierzęta byliśmy dokarmiani nektarynkami. Następni ludzie, z którymi jechaliśmy upchali nas między swoje bagaże i dowieźli prosto do naszego punktu docelowego. Byli to dziewczyna z Włoch i chłopak z Belgii, opowiadali, że poznali się w Australii i wyglądali na szczęśliwych ludzi. Pożegnaliśmy się, wysiedliśmy z auta, stanęliśmy na jednej z głównych ulic Zadaru i kombinowaliśmy, co zrobić dalej. Nie mieliśmy noclegu i chwilowo pomysłu na siebie. Włócząc się po chorwackich uliczkach wpadliśmy na genialny pomysł…


C.D.N